Byłem w niedzielę ostatnią na pierwszej komunii swojego kuzyna, którego pokrewieństwo ze mną jest dość zawiłe. Jeśli chodzi o mszę w kościele, to tradycyjnie, nihil novi pseudokatolicko-quasi-protestanckie nabożeństwo w języku polskim, na dodatek trwające za krótko. Ale to tak dodatkowo, no, jak już degrengolada, to niechże się od degrengolady zacznie.
Przyjęcie miało miejsce w restauracyi dość podrzędnej, ale jedzenie było nawet dobre. Jednak nie o gastronomii.
Ponieważ uznałem, że ubiór mojego brata to popis chamstwa - ubrał do marynarki koszulę z krótkim rękawem, postanowił sobie podarować krawat i kamizelkę, nadto uparcie odmawiał rozpinania guzików przy siedzeniu, postanowiłem zwrócić uwagę na wygląd pozostałych gości, aby porównać, czy mój brat faktycznie będzie królem wsi, czy też nie będzie w swojem zachowaniu odosobniony.
Cóż, niestety nie był. Przytłaczająca więxzość gości raczyła nie zdawać sobie sprawy z faktu, iż nie wolno stojąc mieć rozpiętego garnituru, chyba, że ma się na sobie kamizelkę (niestety, kamizelkę miały trzy osoby, łącznie ze mną) bądź, że garnitur podczas siedzenia powinien być obowiązkowo rozpięty. Z posiadaczy kamizelki jeden zapomniał, że nie zapina się jej na wszystkie spusty. Byli też i tacy, którzy popełniali peccatum peccatorum (rzech nad grzechami) - raczyli zapiąć marynarkę na wszystkie guziki w pozycyi siedzącej (w stojącej zresztą też). Ktoś sobie czasem wstawał, szedł kawałek i siadał i z lenistwa bądź głupoty zapominał o rytualnym zapięciu i odpięciu marynarki. Byli jeszcze lepsi, a raczej lepszy. Pan z pancernie zapiętą kamizelką raczył ściągnąć marynarkę i paradować sobie w samej kamizelce. Co gorsza, potem rozpiął kamizelkę, bo mu się ciepło zrobiło. Co gorsza, masa tego towarzystwa witała się ze mną przy rozpiętej marynarce (bo faktycznie, jest olbrzymim problemem zapiąć ten przeklęty środkowy guzik...), nie zdając sobie najwyraźniej sprawy z najzwyczajniejszego w świecie obrażenia mnie. Szkoda, że w myśl kodeksu Boziewicza nie posiadam jeszcze zdolności honorowej, bo szybko wysłałbym do deliquentów świadków honoru.
Co lepsze, niektórzy chcąc najwyraźniej błysnąć pięknem ubioru do pasiastej koszuli ubrali pasiasty krawat. A pewno, niech im wszystkim gul nad moim krawatem skoczy!
No i mi skoczył. Z zażenowania.
Najlepsze jest to, iż mojego kuzyna postanowiono chyba wychować na wzorowego chama III Rzeczypospolitej (no dobrze, prezydentowi Wałęsie i tak do pięt nie dorośnie, ale zawsze można zostać drugim chamem III RP) - zdyął tę śmieszną szmatkę komunijną i na koszulę nałożono mu kamizelkę. Bez żadnego garnituru. Na praktykę kelnerską przyszedł, czy jak? Ale dobrze, niech się młody uczy. Za dziesięć lat nie będzie go krępowało chodzenie w samej kamizelce. Tym bardziej rozpiętej.
No i oczywiście niektóre panie zapomniały, że to nie wiejska potańcówka w Lipiu czy Bąbolinie i przyszły ubrane w spodnie czy jakieś śmieszne koszule. Dobrze, pomińmy milczeniem, bo gromy się na usta cisną.
Może coś o zachowaniu.
To dostosowało się do ubioru (i powraca wieczne pytanie - czy to szata zdobi człowieka, czy człowiek szatę? czyli czy zachowywali się chamsko, bo się ubrali jak chamstwo, czy ubrali się jak chamstwo, bo zachowują się jak chamstwo?). Ossoby, które widziały mnie pierwszy raz w życiu raczyły się zwracać do mnie per ty. A co to ja, ich chomik, pies, wąż czy kot jestem? Tak się składa, że jestem pełnoletnim człowiekiem i cenię sobie swoją godność, a w przeciwieństwie do wielu ludzi dzisiaj nie uważam słowa pan za wyraz sztywniactwa. Jestem panem (bo przecież nie panią) i domagam się, aby tytułowano mnie w ten sposób, chyba, że ktoś zaproponuje przejście na ty (ale obustronne, inaczej to bez sensu). Inne ciekawe spostrzeżenie, ale też nic odkrywczego - panowie byli z paniami prawie zawsze na ty. Faux-pas niewybaczalne. Mężczyzna na ty może być z żoną, kochanką, przedstawicielką jego rodziny tudzież przyjaciółką z lat dzieciństwa (obecnie bardzo często spotykane, niestety). Tutaj pewnie mieliśmy do czynienia z waryantem ostatnim, więc jakoś to ujdzie, ale na litość Boską - panie w pracy to nie są nasze dawne przyjaciółki, a zwraca się do nich na ty. To była dygresya na marginesie.
Jakby było mało, kładziono sobie czasami łokcie na stół, niektóre rzeczy spożywano rękoma (nie, nie było kurczaka i żeberek), a kiedy jakieś dziecko tak zrobiło, zbagatelizowano to. Pewnie, niech chamieje! Dodatkowo dominowało słownictwo: "podaj", "odkręć", "chcesz?". Dziś to, a jutro "dej", "wej", "bier". Litości... tak trudno zrozumieć, że przy stole prosi się o zrobienie czegoś, a nie nakazuje się wykonanie danej czynności?
Mało kto wiedział, że sztućce składa się w znaki: "X" (zamierzam dalej jeść) i "II" (nie zamierzam dalej jeść). Ciekawe skąd kelner miał wiedzieć co zabrać? Rozwiązanie tej zagadki jest banalnie proste - nie wiedział, bo jest równie niewychowany (nota bene, kelnerów nie było, same kelnerki, równouprawnienie zatacza coraz szersze kręgi...). Jak na nie wpadłem? Po pierwsze, mimo, iż serwowano tak wino białe, jak i czerwone, podano po jednym kieliszku na głowę. I jakby było mało, zwinięto mi talerz z zaznaczonym X.
Jeszcze inną sprawą był dobór gości. Jasne, nie mój rower, nie moje pedały, nie będę pedałował, jak rzekł inny arbiter elegantiae, Grzegorz Lato, ale poziom dozwolenia społecznego jest wręcz... odrażający. Proszę sobie wyobrazić (e, nie trzeba sobie wyobrażać, wystarczy pójść na dowolne przyjęcie), że zaproszono tam małżeństwo, które raczyło utrzymywać zbyt bliskie relacye przed zawarciem ślubu i nadto wydało przed ślubem na świat potomstwo (na owym ślubie i weselu też byłem, kolejna postmodernistyczna szopa). Nie, żebym się mądrzył, ale sto lat temu takim ludziom zaproszeń nie wysyłano. Mam pełną świadomość tego, że gdyby dziś nie wysyłano, przyjęcia byłyby organizowane dla starych babć i młodzieży przed piętnastym rokiem życia, ale bardzo dobrze! Może to by tych pominiętych czegoś nauczyło - robiliście źle i nie pozwólcie, aby wasze dzieci też tak robiły (np. etykieta dworska Hohenzollernów do 1918 roku zabraniała wpuszczania na bale i rauty domu cesarskiego ossób podejrzewanych o to (podejrzewanych, nie musiało być dowodów!) - po 1918 przestała zabraniać tylko dla tego, że zliquidowano dwór Hohenzollernów i wprowadzono w Niemczech bezbożną republikę). Piękne czasy.
A najwięxzą tragedyą jest fakt, że podobne zachowania można było zaobserwować wśród gości innych przyjęć - były tam wonczas 3 albo 4.
I tu nasuwa mi się smutna reflexya - czemu wszystkie uroczystości (w tym religijne, a zwłaszcza religijne, jakim niewątpliwie, mimo postępującej sekularyzacyi jest pierwsza komunia święta) muszą wyglądać nie normalnie, a jak orgie Heliogabala, na których nikt nie umie się zachować, a połowa gości to zboczeńcy?
I czemu to ja muszę być kulturträgerem? Przecież w cale się o to nie prosiłem...
Podsumowując, obyczaje ludności polskiej są coraz bardziej odrażające i pogańskie i zastanawiam się, czy z następnych uroczystości nie wymówić się jakoś - mam serdecznie dość Heliogabalowych zabaw.
Tagi: kultura, upadek, chamstwo, savoir-vivre
skomentuj (2)
Kilka przemyśleń przyszło mi dzisiaj do głowy, a wszystkie związane z kilkoma wypowiedziami na ten sam temat. Chodzenie do szkoły ma jednak wielki walor edukacyjny. Dowiedziałem się dzisiaj, że kobiety używają też czegoś, co można określić maszynką do golenia. Do tej pory wydawało mi się, że to, przy pomocy czego pracują nad swojemi kończynami to zawsze jest albo depilator, albo inna forma wyrwania włosa z cebulką. Muszę przyznać, nieco mnie to zszokowało, gdyż golenie jak wiadomo, daje w gruncie rzeczy efekt odwrotny od zamierzonego - wzmaga porost włosów, na dodatek pozostawia nieprzyjemne (znaczy się, z własnej obserwacyi wiem, że na męskiej szczęce jest to akurat przyjemne) w dotyku resztki. Spytałem z ciekawości o to, po co, skoro na kończynie pozostaje taka szczecina, mówiąc wulgarnie. Odpowiedź była typowa dla XX wieku - bo depilacya boli strasznie.
Potem zaś tłómaczyłem długo rodzicom, że nie zamierzam chodzić więcej w spodniach typu jeans, ponieważ nie jest to strój elegancki, godny europejskiego (może podkreślmy: staroeuropejskiego) gentlemana, ewentualnie w domu, gdzie z kolei nie zamierzam uskuteczniać noszenia czegoś, co nosi nazwę dres, ponieważ to również niegodne XIX-wiecznego gentlemana. Oraz, że prawdę powiedziawszy to chodziłbym w domu w butach, gdybym mógł (to znaczy, gdybym miał nadmiar pieniędzy i mógłbym pozwolić sobie na wydanie 200 złotych na półbuty po domu), bo kłapcie to strój nieelegancki, o pochodzeniu chłopskim - to chłopstwo na wsi musiało zmieniać buty na kłapcie, bo buty miało wiecznie brudne. Gentleman odcina się od chłopstwa ze względów oczywistych. Powiedziałem także, iż strój powinien mówić coś o właścicielu. Strój elegancki mówi jasno: to człowiek, który zachowuje się kulturalnie, od którego bije kultura. Kulturträger, jak mówią Niemcy. I nie ważne, czy jesteśmy w domu i rozmawiamy z bratem, czy w szkole i z profesorem. Kultura obowiązuje zawsze i nie zwalnia z niej nas fakt bytności wśród samych swoich (kolejna choroba chłopstwa). Ba, nie zwalnia z niej nas nawet fakt bycia gdzieś samotnie. Jest jeszcze nasze sumienie, które zabrania przeklinania w myślach, czy myślenia o rzeczach ordynarnych. Rodzice moi oczywiście uznali, że nie można się męczyć, tylko ubierać się wygodnie tam gdzie można sobie na to pozwolić, oraz iść ze spiritu temporis.
Zaś kiedy jechałem ze znajomymi do Warszawy, w sobotę, żeśmy zaczęli byli rozmawiać o rodzinie. Ktoś zwrócił uwagę, że w rodzinie wiele rzeczy należy planować i dzieci też należy planować. Na co odparłem, iż dzieci się nie planuje, tylko robi, co z kolei również spotkało się z repliką, że przecież człowieka na studyach np. nie stać na chowanie dzieci, więc jak on, nie planując ich tylko robiąc, miałby uprawiać pewną formę aktywności cielesnej, ostatnio tak popularną (co widać po liczbie odwiedzin stron z pewną zawartością). Na co znowu ja, że w takim wypadku nie należy uprawiać tej właśnie formy aktywności, co wywołało pewne zdziwienie. Zapewne spowodowane faktem, iż jest to obecnie uznane za przyjemne, a także jako koronny dowód miłości. Z ostatnim bym polemizował, pierwsze może i jest prawdziwe, ale...
Ale to właśnie istota rzeczy. Świat obecny pragnie przyjemności i lekkości, nie chcąc ponosić ich konsequencyj. Analogicznie, licealiści często chcą wiać z lekcyj, ale rzadko chcą ponieść tego odpowiedzialność - trwać zaparte przy swoim i znosić ciosy w twarz. Chcą sprzedać całą swą wartość, za brak kary, było miło, to niech nie będzie niemiło. A przecież tak nie powinno być, za wszystko trzeba płacić! I pytanie tylko, czy godność, powaga, kultura i inne podobne, są to rzeczy mniej ważne od chwilowych uniesień? Pytanie, czy warto wyrzec się dróg prowadzących do wielkości, dla tego, że są wymagające i iść na łatwiznę? Co po tej łatwiźnie? Życie bez więxzych ambicyj, celów, fakt, że i bez przeciwności. Ale czy w ten sposób można wykuć dobrą broń? Czyż obróbka stali nie opiera się na przeciwności gorąco - zimno, gorąco - zimno? A czy nie jest taka stal lepsza?
Smutna konotacya dni ostatnich jest taka, że ludzie zaakceptowali fakt bycia zwierzętami, wyrzekli się pracy nad sobą. Byle łatwiej, bo nie boli, byle łatwiej, bo wygodnie, byle łatwiej, bo jest miło.
Nie, ludzie. To cecha szympansa. Człowiek po to umie myśleć, by odrzucił drogę łatwą, ale prowadzącą do nikąd, a przyjął trudną, ale prowadzącą do wielkości. Czy nie jest wspaniałym widok gentlemana, który świadcząc swoim wyglądem o sobie zawsze niesie innym tę życzliwość i pomoc? A kto wygląda lepiej - chory z przepracowania syfilityk, czy pater familiæ? I w końcu, która niewiasta znajdzie więcej adoratorów, gotowych pozabijać się z jej imieniem na ustach, ta mniej czy bardziej pokryta resztkami dziedzictwa małp w tych miejscach, gdzie dziedzictwo małp akurat nie jest potrzebne?
Nietzsche mówił, że małpa jest dla człowieka wstydem i sromem bolesnym. Niestety, patrząc na obecną (anty)cywilizacyę i wyznawane przez nią (anty)wartości odnieść można wrażenie, że małpa stała się wzorem do naśladowania. Robić nie to, co odkrywa przed nami wysiłek umysłowy, ale to, czego żądają chore zmysły - niechęć do bólu, niewygody, wyrzeczeń, chęć do odpoczynku, lenistwa i (chyba paskudstwa najgorszego) szczęścia, jako uczucia inercyi. Niestety, chwała powstaje wśród znoju, potu, krwi i łez, a szczęście prawdziwe, to módz spojrzeć za siebie i z zadowoleniem zauważyć, że nie było takiej góry, na którą się nie weszło.
Wirus wieku dwudziestego zakrył przed ludźmi to, do czego doszła potęga ich myśli w długiej wędrówce przez wieki minione.
- Zimny, kończ waćpan. Po co się produkujesz? Ich świat jest tak dyametralnie różny od twojego, że nigdy tego nie zrozumieją. Nie zrozumieją, po co sypać sól na rany, skoro to boli...
- Więc ty im to powiedz, no, po co?
- Nie zrozumieją.
- Mów!
- Nie...
- W tej chwili!
- Niech tak będzie. Dzięki soli rany goją się szybciej.
Aby coś zyskać, trzeba coś stracić. Questią krótkiego namysłu jest zdecydować się co poświęcamy, a co bierzemy. Ja zdecydowałem dawno. Mając do wyboru hedone i arete, tę pierwszą zabiłem na miejscu. A Ty?
Tagi: upadek
skomentuj (0)
Pojechałem sobie dzisiaj na mistrzostwa województwa w debatach oxfordzkich. Same debaty były całkiem ciekawe, ale nie o nich teraz. Wszystko to było organizowane przez Młodych Demokratów, czyli młodzieżówkę platformerską. Przed rozpoczęciem debat pewien pan, który miał być marszałkiem debaty najpierw rzecz jasna wszedł na salę, po czym zaczął intensywnie całować pewną panią (która miała być sekretarzem debaty). Tak na oczach gawiedzi. A se popatrzcie!
I się tak zastanawiam. Czy w czasach współczesnych wstyd został już w ludzkich umysłach do reszty zamordowany? Zresztą, pal licho ten wstyd. Wystarczyć zań może poczucie taktu, smaku, zasady obowiązujące w społeczności nieco bardziej rozwiniętej niż stada zwierząt.
Po co ci państwo wynosili swoje sprawy prywatne do przestrzeni publicznej? Czyż publiczne jako dotyczące pospołu nie jest publicznem dla tego właśnie, że nie jest prywatnem? Więc nie wypada spraw najbardziej prywatnych, tak prywatnych, że czasem nie wypada ich robić nawet prywatnie, a tylko bardzo prywatnie, wnosić do świata spraw publicznych, bowiem zaburza to istotny podział tych dwóch sfer, który jest istotny niezwykle - jako, że człowiek to jednostka wyindywidualizowana, nie powinien dzielić się wszystkim z ogółem, a już nie tym, co jest jego i tylko jego. Czy nie wie tego student nauk politycznych, który powinien być specyalistą w sprawach ładu społecznego?
Czemu nikt nie defekuje (to takie ładne określenie na bardzo brzydką rzecz) w przestrzeni publicznej? Czemu nikt nie uskutecznia w niej mikcji? Czemu nikt nie chodzi nago? Czemu nikt nie idzie jeszcze krok dalej i nie wprowadza uprawiania miłości do przestrzeni publicznej? Przecież skoro furtka otwarta, to czemu niby nie?
I właśnie dlatego tę furtkę trzeba zamknąć. Żadnego wnoszenia nadmiaru prywatności do sfery publicznej. To, co twoje, rób u siebie. Mnie tym rarytasem nie racz, bo dla mnie to nie jest rarytas. U mnie budzi to zgorszenie i obrzydzenie oraz pytanie: skoro można się umizgiwać, to czemu nie można się wypróżnić na oczach ludzi? W końcu i jedno i drugie to typowo człowieczy odruch...
Zaoszczędźmy więc sobie publicznych odruchów. Zostawmy tę przestrzeń relacyj międzyludzkich dla spraw godnych człowieka, nie szympansa.
Tagi: upadek
skomentuj (0)
Słowo klucz współczesnej polityki światowej: pojednanie. Słowo to odbiera polityce resztki sensu. Polityka międzynarodowa to szachownica albo stół karciany. Tu nie można się godzić - tu chodzi o to, aby oponenta orżnąć z jak najwięxzą dla siebie korzyścią. Nie by podać mu rękę, pocałować się z nim i rozejść w pokoju, nie grając więcej.
Dla tego dziwią mnie próby pojednania polsko-niemieckiego. Co nam daje pojednanie? Korzyści surowcowe, pieniądze, sojusznika w woynie ofensywnej? Nie. Daje nam to, że zapomnimy o tem, co było i będziemy się kochać (jak stare małżeństwo, co ciekawe, cechą istotną starego małżeństwa jest to, że wkrótce oboje jego uczestników raczy umrzeć). Tylko po co? Potrzebna komuś miłość Niemiec (omówiona zresztą wcześniej)?
I co mnie obchodzi to całe zamieszanie wokół Katynia. Było ludobójstwo, nie było ludobójstwa, a czy to ważne? Co to zmieni? Trupy zmartwychwstaną? Wielkanoc już była...
Uzyskamy coś z tego? A co to da rodzinom Ofjar? Przecież oni wiedzą, kto zabił. Niech wzorem Zofii Teofilii z Daniłowiczów Sobieskiej, wnuczki Żółkiewskiego, prowadzą synów, wnuków, potomków na grób, gdzie wielkimi literami będzie napisane: EXORIARE ALIQVIS NOSTRIS EX OSSIBVS VLTOR: oby z kościj naszych mściciel powstał. Dziad Zofiii Daniłowiczówny, Stanisław Żółkiewski padł pod Cecorą z rąk tureckich. Syn jej, Jan Sobieski pod Wiedniem Turków rozgromił. W tych poważnych czasach nikt nie mówił o pojednaniu. Podobnie zresztą było w stosunkach francusko-protestanckich. Gdy w czasie woyny trzydziestoletniej Richelieu dał wsparcie protestantom, nikt z nich nie kazał przepraszać za odwołanie edyktu nantejskiego, albo za rzeź Nocy Świętego Bartłomieja. Był wspólny wróg - Habsburgowie, więc nie ważne ilu protestantów ubił ten papistowski rzeźnik.
A teraz, zanim to, pojednanie. Zanim tamto, pojednanie.
Polska nie powinna zabiegać o pojednanie i uznanie tego czy tamtego za ludobójstwo (proponuję zażądać uznania za ludobójstwo opryczniny, ma to taki sam sens), tylko o granicę wschodnią z 1632 roku. A ponieważ jest to i warunek sine qua non disputamus i warunek, przez który wszelka rozmowa jest niemożliwa, nie należy z Rosyą rozmawiać. Ujął to dobrze Władysław Anders: z ZSSR można mówić tylko z pozycyi siły, a ponieważ nie ma tej siły, nie dyskutujmy z nimi w ogóle.
Czekajmy, aż do rękawa wpadnie nam as. Albo na moment aż drobny błąd pozwoli nam dokonać błyskawicznego mata na szachownicy światowej polityki.
Cierpliwości. Minęło 68 lat od momentu, w którym Karol Młot zepchnął Meorwingów do roli fasady, do tej uroczystej chwili, w której Papież włożył na głowę jego wnuka, Karola Wielkiego, koronę rzymskich Cezarów.
Tagi: realpolitik, politykazagraniczna, rosya
skomentuj (2)
Nadszedł dziś 10 queitnia. Druga rocznica tego co nazwano katastrofą smoleńską. Przez dwa lata udało się rządowi tyle zdziałać, że nikt rozsądny nie chce już przypadkiem mówić, że był to zamach. Tezę o zamachu odrzucono ex deffinitione, jako niemożliwą, bo przecież nas wszyscy kochają. A potem doszło jeszcze to, że kto by chciał zabijać Kaczyńskiego, bo przecież Kaczyński jako prezydent to niewiele mógł. Zupełnie, jakby zginął tam tylko Kaczyński. Przypominam więc, że oprócz Kaczyńskiego zginęło tam jeszcze 95 ludzi. Nawet jeśli każdy z nich znaczył niewiele to 96 razy niewiele to już całkiem wiele.
Po za tym, kiedyś był taki ktoś, kto nazywał się Dag Hammarskjoeld, sekretarz generalny ONZ, człowiek, który może równie mało, co prezydent Polski. I mimo, że mógł tak mało, to znaczy, co najwyżej gadać, nie przeszkodziło to Instytutowi Morskiemu RPA (taki wywiad w wywiadzie, niezłe zakapiory) zestrzelić samolotu razem z nim na pokładzie. Tam też nie chciano mówić o zamachu. Póki Instytut Morski sam się do tego nie przyznał.
Więc co za interes miałaby FSB w zestrzeleniu tego samolotu?
1-o: Kaczyński, podobnie jak Hammarskjoeld lubił za dużo gadać, Ruscy pamiętali mu Ukrainę i Gruzję. Więc lepiej się go pozbyć. Jeszcze nie daj Boże wygra wybory i będzie pierdzielił przez następne pięć lat. Wywiad musi dmuchać na zimne.
2-o: zabójstwo 96 osób pełniących ważne stanowiska państwowe znacząco destabilizuje sytuacyę wewnętrzną kraju. Jeśli kraj ten nie jest nastawiony przyjaźnie, tym lepiej go zdestabilizować.
3-o: każdy myślący człowiek wie, że Smoleńsk dla Polaków jest jak Calais czy Boulogne dla Anglików. Był zawsze bramą do podboju znienawidzonego, większego sąsiada. To ze Smoleńska Żółkiewski poszedł drogą przez Kłuszyn na Mosquę. Putin, który wyciąga najdziwniejsze rzeczy z historyi Rosyi z całą pewnością to wiedział.
4-o: można będzie pokazać Polakom, kto tutaj jest ważniejszy. Choć samolot był polski i jako taki stanowił integralną część polskiego terytoryum, a zatem powinien był zostać od razu zagarnięty przez ABW i przebadany u nas, podobnie jak trupy, Ruscy szybko go zgarnęli i sami przebadali - wy, Polaki, diełat' niebudzietie, kak Rossyja niepozwolat. Ważny pstryczek propagandowy. Miś ciągle rządzi, sza tam, Polaki. To, że nie ma Bieruta i Rokossowskiego to nie znaczy, że coś wam wolno.
5-o: no i jeszcze piękna perspektywa pokazania się światu, jakim jest się dobrym. Przeprowadza się dochodzenie, przytula się Tuska, pomaga się Polakom. Na zachodzie ludzie pomyślą - równy gość ten Putin, i to nie on zabił!
No, i pomyśleli.
6-o: dziwnym trafem swoją młodość Włodzimierz Włodzimierzewicz Putin spędził w KGB. Mnie nie dziwiłoby, gdyby chciał kogoś, tylko w ramach treningu ubić. Dziwiłoby mnie, gdyby tego nie chciał.
7-o: o, ważne, że mi się przypomniało. Dziwnym trafem Tupolew kilka miesięcy przed lotem był naprawiany w Samarze (Samara leży w Rosyi)...
Owszem, to powyżej, to tylko poszlaki. Ale argumenty przeciw zamachowi to też poszlaki. Ciekawe czemu tamte poszlaki mają być lepsze od tych poszlak?
Bo wszelkie dowody gniją niestety w archiwum MAK. I nie da się ich stamtąd wydobyć. Bo pewnie, bo po co? Po kakoj choleru ludzie (osobienno Polaki!) dołżen znat' prawdu? Na, po kakoj choleru?
6 quietnia Azauad proklamował niepodległość. Azauad jest to północno-wschodnia część Mali, dawniej znanego jako Sudan Francuski. Istotą problemu są tutaj Tuaregowie, mieszkańcy Azauadu, którzy nie lubią mieszkańców południowego Sudanu Francuskiego, czyli murzynów (i nic dziwnego, bo nikt murzynów nie lubi). Zresztą, bunt Tuaregów wprowadził znacznie więcej chaosu, bo woysko oskarżyło o pasywne działanie prezydenta Amadou Toumani Touré i raczyło go obalić. Zastąpił go kapitan Amadou Sanogo, który stoi na czele junty woyskowej.
Ktoś coś rozumie? Bo ja nie. Na północy burdel, na południu burdel - słowem, jeden wielki burdel. Czy kapitan Sanogo będzie skutecznie walczył z Tuaregami? Nie, bo stary prezydent swoich zwolenników ma, stoją za nim wszystkie mafje międzynarodowe, sterowane przez żydomasoneryę. Kilka lat potrwa sieka, a potem będzie to samo co w Sudanie. Tyle, że do tego czasu będzie trwała taka siepanina, że ludzie zaczną z głodu zdychać.
A co zrobi świat zachodni? Ki-moon Ban (bez wątpienia adequatny człowiek do reprezentowania świata zachodu, nie ma co) zacznie szlochać nad złem tego świata, poczym zacznie piękną gadkę o negocyacyach, walce o pokój, medyacyach. Daj Boże, żeby potem wsiadł w samolot, jak Dag Hammarskjoeld i żeby jego też zestrzelili.
To nic nie da. Ile razy przerabiano medyacye gdziekolwiek, dawało to efekt odwrotny od zamierzonego - w DR Kongo władzę zdobył Józef Mobutu (potem: Mobutu Sese Seko Nkuku wa za Banga) i wysiepał zbuntowaną Katangę, w Angoli i Mozambiku władzę zdobyli komuniści, w Ruandzie to była taka sieka, że Hitler się chowa, a RPA od zakończonej dzięki medyacyom epoki apartheidu co roku jest mniej wydolna gospodarczo.
I to jest klucz. Kiedy biali rządzili w Afryce nikt tam nikogo nie mordował. Kiedy biali rządzili w Afryce nikt tam z głodu nie zdychał. Kiedy biali rządzili w Afryce nikt tam nie woyował.
Rozwiązanie niszczące problemy nasuwa się samo, prawda?
Więc panie Sarkozy, rusz pan dupę, wyślij do Mali Legię Cudzoziemską i przywróć Sudan Francuski. Nie skazuj tych głupich murzynów na śmierć głodową! Nie skazuj swoją inercyą ich wszystkich na śmierć!
Jeśli ludzie zaczną tam ginąć w więxzej niż dotychczas liczbie to będzie to pańska, i niczyja więcej wina.
Za całe zło Afryki odpowiada biały człowiek. Ale nie dla tego, że ją kolonizował. Dla tego, że zakończył kolonializm. Zerwał most łączący dzikich ze światłem cywilizacji.
Ten grzech trzeba naprawić, albo poleje się krew.
Tagi: afryka
skomentuj (0)
Wielce Czcigodny Stefan Niesiołowski, jak wynika z tytułu honorowego, poseł na Sejm Rzeczypospolitej określił wypowiedzi polityków PiS w Bruxeli donoszeniem na Polskę, ponieważ raczyli oni powiedzieć, że Radosław Sikorski wiedział wcześniej o tem kto zginął w tzw. katastrofie smoleńskiej.
Abstrahując od samego faktu tej wiedzy czy jej braku, zastanówmy się co jest dzisiaj niby zdrożnego na donoszenia na Polskę w Bruxeli, czem w ogóle jest Polska.
Jest to państwo niepodległe? Niby państwo składa się z ludności, terytoryum i władzy. Na tej zasadzie to Polskę można upchnąć jako państwo. Ale można też uznać za państwo Kujawsko-Pomorskie lub Unię Europejską. Ustalono więc jeszcze jedną rzecz - bycie podmiotem prawa międzynarodowego. I tu możemy zadeklarować z całą świadomością, że Polska państwem nie jest, bo nie jest nieograniczona we współtworzeniu prawa międzynarodowego - nie możemy np. podpisać umowy handlowej o zakupie bananów w Equadorze, bo Unia nie lubi krzywizny banana equadorskiego i nałożyła stosowny zakaz (sic!). Polska nie posiada zatem niezależnej zdolności do wchodzenia w relacye z innemi państwami.
No to pozostaje pytanie, czy jest teraz zbrodnią donieść do wyższej instancyi na woyewództwo? No nie jest. Np. nikt nie obruszy się, gdy pan Henryk Clarke, mieszkaniec Państwa Kalifornia złoży donos na Państwo Kalifornia do Sądu Najwyższego Państw Zjednoczonych. Więc czemu ktoś obrusza się, gdy pan Brudziński, mieszkaniec Guberni Przywiślańskiej składa pozew do Najwyższego Sowietu w Bruxeli?
Mnie trwoży co innego - że ktoś doprowadził do sytuacyi, w której nad Polską ten Najwyższy Sowiet dominuje.
I o to można i trzeba mieć pretensye - że ktoś doprowadził do paranoicznej sytuacyi, w której Polska w przeciągu siedmiu i trzech czwartych lat przekształciła się z niepodległego (choć i tak chorego) państwa w gubernię Związku Socyalistycznych Republik Europejskich (ZSRE - przestaw E między Z a S i dopisz A na końcu to dowiesz się, jaka przyszłość czeka ten twór).
A w dążeniu do tego, panie Niesiołowski, pańskie zasługi są zdecydowanie więxze niż pana Brudzińskiego.
Ładnie to tak - w cudzym oku drzazgę widzieć, a we własnym belki to już nie?
Oj, panie Niesiołowski, a chciałem panu wszystko wybaczyć, po tym, jak tak ładnie bronił pan krzyża przed zakusami posła Palikota.
Tagi: ue
skomentuj (0)